Reforma edukacji czyli zróbmy dzieciom zamęt w głowach

Drodzy Czytelnicy,

wakacjezbliża się koniec wakacji i dzieciaki wracają do swoich szkół. Sytuacja wygląda obecnie tak, że mój najstarszy syn idzie do 2 klasy gimnazjum. Młodszy skończył podstawówkę i zaczyna swoją przygodę w szkole, w której jest już brat. A najmłodsza latorośl radośnie pobiegnie do przedszkola, którego nie może się doczekać. Brzmi sielsko, miło i radośnie ale jak sami wiecie nad procesem edukacji zawisły ciemne chmury zmian. Oczywiście możecie się ze mną nie zgadzać, bo jakie to groźne wizje dotyczą likwidacji gimnazjów, które swego czasu spotkały się (i słusznie) z duża dawką krytyki ze względu na agresję uczniów i wiele problemów, które towarzyszyły poprzedniej reformie? A jednak mam nadzieję, że uda mi się zasiać ziarno niepokoju, dzięki któremu spojrzycie trzeźwo na obecną sytuację i wspólnie zastanowimy się co możemy na ten moment zrobić.

Ale po kolei. Jestem z pokolenia, które nie uczęszczało do gimnazjum. 8 klas podstawówki, 5 lat technikum, studia. Temat prosty.

Niestety pamięć jest zawodna i nie umiałem ocenić czy w sumie 8 letnia podstawówka to był dobry pomysł czy może jednak powstanie gimnazjów miało sens. Dopiero obecność moich synów w obu placówkach pozwoliło mi na wyciągnięcie wniosków i zajęcie stanowiska w sprawie obecnych zmian.

Do niedawna miałem w głowie stereotyp, że gimnazja to zło. Przerywa się dzieciom dość beztroski okres podstawówki, wrzuca w nowe środowisko gdzie wszyscy poznają się na nowo – nie widziałem w tym większego sensu, raczej widziałem w tym więcej problemów niż korzyści.

A jednak coś się we mnie zmieniło po 1 klasie syna…

GIMNAZJUM – PROBLEMY 

Obecność w gimnazjum była dla niego dużym problemem. Nie specjalnie polubił się z nową klasą, podtrzymywał relacje ze znajomymi z podstawówki, nie chciało mu się chodzić, uczyć, zaczął ściemniać ze zdrowiem aby opuścić nieco lekcji. gimnazjumbudynekZrobiło się słabo. Sam chodziłem wkurzony, bo z najlepszego ucznia w podstawówce stał się średniakiem, który od razu zapracował na złą opinię ze względu na liczne nieobecności.

Rozmawialiśmy sporo, bo chciałem to wszystko zrozumieć i widziałem tęsknotę za „starą klasą” i przyjaźniami, które się tam narodziły i zostały w jakiś sposób nadwyrężone. To dawało do myślenia.

PRZEMIANA

Przełom nastąpił w drugim semestrze gdy w końcu chłopak ochłonął i wskoczył w swój normalny tryb nauki. Oceny poszybowały, załapał się na wymianę do Hiszpanii jako jeden z niewielu uczniów. Złapałem też kontakt z wychowawczynią, która okazała się fajną babką, bardzo konkretną, wymagającą ale też pełną pasji i zaangażowania. Relacja z nią pozwoliła mi spojrzeć na gimnazjum w zupełnie inny sposób. Na zebraniu przekazała, że 1 klasa to dopiero rozgrzewka. Tu trzeba się naprawdę uczyć, aby móc wybrać potem dobre liceum. Wskazane jest uczestnictwo w olimpiadach, bycie proaktywnym i to co najważniejsze to systematyczność w nauce i ambicja, którą powinny posiadać dzieciaki. Miód na moje uszy, bo wyznajemy podobny system wartości. Młody też załapał, bo każdą rozmowę przeprowadzałem w jego obecności. Coś się w nas obu zmieniło. Teraz zaczął podkreślać, że widzi wyraźną różnicę w nauczaniu w podstawówce w stosunku do tego co się dzieje w gimnazjum. Podstawówka to cieplarniane warunki, więcej zabawy i relacji z rówieśnikami. Tutaj ciężka praca, jasno wyznaczony cel (dobre liceum, potem dobre studia, wiedza). Doszliśmy do końca roku szkolnego a w międzyczasie „dobra zmiana” dotarła również do szkół. Krótka piłka, Elbanowscy, Minister Zalewska i było po gimnazjach. Tych gimnazjach, do których udało mi się w końcu do spóły z wychowawczynią przekonać mojego syna i wzbudzić w nim potrzebę edukacji na wysokim poziomie. Faktycznie w tym gimnazjum nie ma żartów a poziom jest dość wysoki. Ja osiągnąłem wspólnie z nim jakiś sukces, który jedną ustawą został szybko zniweczony. Czemu? W głównym nurcie mówi się wyłącznie, że gimnazja są złe. Rozmawialiśmy na ten temat bardzo długo i młody wyraźnie podkreśla, że nie wróciłby do podstawówki, bo to w gimnazjum jest wiedza i klucz do dalszej edukacji. Dziwne? Oczywiście młodszy o 2 lata brat z niepokojem nasłuchiwał co się w tym temacie dzieje, bo przecież za chwilę ma dołączyć do brata w gimnazjum.

Przegadaliśmy wiele godzin na ten temat szukając plusów i minusów obecnej zmiany.

A MOŻE REFORMA MA SENS? 

I teraz aby być sprawiedliwym warto oddać „głos” młodszemu  z braci. Gdy starszy był w 5 klasie, to wtedy zaczęły się budzić pierwsze głębsze przyjaźnie i uczucia. W 6 klasie to już było rozhulane na maxa. I nagle się to przerwało. Ale syn był dzielny, w miarę dojrzały emocjonalnie do zmian i poza perturbacjami w 1 semestrze gimnazjum przeszło to gładko. Młodszy poszedł do podstawówki w wieku 6 lat, co spowodowało, że te przyjaźnie zaskoczyły dopiero w 6 klasie. I to się nagle urywa. Łzy na zakończeniu roku, ogromne emocje dały mi do myślenia, że takie zwroty akcji niekoniecznie są dobre. Wolałbym aby nie musiał się rozstawać w ten sposób z dziećmi, z którymi dopiero co zaczęli się mocno zżywać. I tu widzę akurat duży plus likwidacji gimnazjów. Taka zmiana dla 11 latka, to duży wstrząs i w mojej ocenie zupełnie niepotrzebny w tym wieku.

I stanąłem okrakiem z jednej strony doceniając zalety gimnazjum związane z prawdziwą edukacją na wysokim poziomie, by z drugiej strony sercem być z młodszym i tym rozerwaniem więzi, które zaczęły się między jego rówieśnikami budować.

A potem przyszedł kubeł zimnej wody, bo Minister Zalewska kompletnie się w tym wszystkim pogubiła nie umiejąc przedstawić jasnych powodów reformy, celu jaki za tym stoi, grafiku zmian, tego co czeka dzieci i nas rodziców po tej zmianie.

REALIA

A zmiana wygląda tak:

2016-06-27_1467039241Młodszy jest z 2004 roku. Poszedł do szkoły w wieku 6 lat. Po zakończeniu gimnazjum pójdzie już do……………4 letniego liceum. Trafi do 1 klasy z jeszcze z rocznikiem 2003 czyli dziećmi, które poszły 1 klasy w wieku 7 lat. Ale razem z nimi w klasie pojawią się dzieci, które skończą już 8 letnią podstawówkę czyli rocznik 2005. 3 roczniki w jednej klasie. Pisząc to dalej nie mogę uwierzyć, że ktoś wpadł na taki pomysł. Różnice w dojrzałości, umiejętnościach pomiędzy nimi będą ogromne. Ale to nie koniec zmian. On i jego koledzy z rocznika 2003 będą musieli przez rok powtarzać materiał aby dzieci z rocznika 2005 nadrobiły materiał, bo będą się uczuć o rok krócej od nich.

Dla mnie to już jest za dużo! Dla mnie to oznacza katastrofę, bo dużo pracy włożyliśmy cąłą rodzinę w to aby pomimo rozpoczęcia wcześniej edukacji młody się rozpędził, nabrał wiatru w żagle i zaczał osiągaćwyniki. Udało się przecież, bo skończył podstawówkę jako jeden z najlepszych uczniów tak jak jego starszy brat. I nagle Minister Edukacji ma to wszystko gdzieś. Powtarzanie roku? Nie ma sprawy! Przecież to dla ich dobra. Jak mam to wytłumaczyć synowi? Ja w to nie wierzę, on też nie.

Co to wszystko oznacza? Ano zmniejszenie zaufania do dorosłych, bo nie liczą się z niczym i nikim, poczucie bezsensu, bo on nie chce powtarzać roku (bo niby czemu miałby mieć na to ochotę?), poczucie braku stabilizacji, bo skoro władza oznajmiła, że gimnazja są złe, to po co on ma tam w zasadzie chodzić? A jeszcze ma starszego brata, który mówi, że jest super i lepiej niż w podstawówce a tu w sumie likwidują im taką szkołę, bo ktoś uznał, że mimo wszystko jest do dupy! Wszystko się we mnie gotuje jak to piszę.

Mówimy o naszych dzieciach i to ich dobro jest tutaj najważniejsze. Nikt się z nimi nie liczy, nie słucha ich głosu. Nikt też nie słucha głosu rodziców, którzy mieliby jak widać wiele do powiedzenia odnośnie tej reformy.

KONKLUZJA

Rząd powinien wprowadzać te zmiany stopniowo, tak aby objęte były nimi dzieci, które idą dopiero do podstawówki. Mieliby czas na zmiany programowe, odpowiednie przygotowanie. A jednak wygrała byle jakość i jakiś interes partyjny, który nie ma znaczenia w kontekście wychowania i samego procesu edukacji, w którym są nasze dzieci.

Jak Państwo to widzą? Czy ktoś to w ogóle rozumie, popiera? Mamy się pogodzić z takim trybem wprowadzania zmian, w którym nasze dzieci okazują się najmniej ważne? Wydaje mi się, że nie i jednak powinniśmy reagować, mówić głośno i wyraźnie, że nie ma zgody na takie traktowanie dzieci i nas – rodziców.

Być może likwidacja gimnazjów ma sens zważywszy na te relacje pomiędzy dziećmi, które w podstawówce są bardzo ważne. Ale nie można robić reformy w taki sposób, gdzie wylewa się dzieci z kąpielą. To karygodne zachowanie, bardzo aroganckie i nie ma na to mojej zgody jako rodzica.

Czekam na Państwa głosy w tej sprawie. Może gdy będzie nas więcej, to przejdziemy się do MEN i powiemy co jest w naszej ocenie złe?

co ten ojciec gada?!!! czyli początek buntu nastolatka

     Jeszcze niedawno było ich dwóch. Mali tacy, wpatrzeni we mnie, chłonący każde słowo jak prawdę objawioną. Dużo pytań, odpowiedzi dopasowane do ich wieku, moja duma, ich wiedza… jednak coś się skończyło. Starszy zbliża się szybko do 12 urodzin, młodszy zaraz będzie miał 10. Jechaliśmy samochodem, w którym prowadzimy sporo rozmów o świecie, życiu, problemach i nagle z tyłu podczas mojego wywodu usłyszałem śmiech. Ale nie serdeczny, miły, nie jako reakcja na moją wesołą anegdotkę. wp_mlodziez_bunt_dziecko_koziol_388To śmiech szyderczy, który pokazał mi, że gadam głupoty. Z każdym kolejnym zdaniem wyczuwałem, że starszy ma to wszystko gdzieś, że ma już swoją mądrość, która kosi wszystkie mądrości wchłonięte do tej pory. Pomyślałem sobie „acha! Zaczyna się!

Z jednej strony irytowało mnie jego zachowanie ale z drugiej poczułem dumę, że to już. Że zaczyna być facetem, że walczy o to by mieć w życiu „jaja”, swój system zasad i wartości. Były też inne odczucia związane ze świadomością tego, że ich dzieciństwo właśnie ma swój kres ale to temat na inny wątek.

Następnego dnia postanowiłem przejąć pałeczkę i opowiedzieć co czułem w trakcie rozmowy. To był dobry pomysł. Opowiedziałem młodemu o dojrzewaniu, zmieniającej się fizyczności dziewczyn i chłopaków, nerwach, irytacji a na koniec zadałem pytanie, czy widzi u siebie jakieś zmiany w zachowaniu. I odpowiedział, że szybciej się denerwuje w trakcie rozmów, co jest oczywiście normalne gdy hormony buzują… ale to nie zmienia faktu, że najciekawsze przede mną.

Do tego momentu wiedziałem co robić z nimi, jak rozmawiać, o czym. Wszystko było takie proste. A co będzie jutro? Co będzie za miesiąc, rok?

highway5

Chciałbym zaprosić rodziców nastolatków do dyskusji na temat tego jakie mają sposoby na dotarcie do swoich zbuntowanych dzieci? Jak radzą sobie  z buntem, absurdalnymi kłótniami, obrażaniem itd.? Jestem ciekawy stosowanych rozwiązań, które może pomogą również innym rodzicom odnaleźć się w tej nowej dla mnie rzeczywistości. Może wspólnie wymyślimy, która droga jest najlepsza dla naszych dzieci i dla nas?

Na szczęście najmłodsza skończyła niedawno rok i wlepia we mnie swoje oczy. Mam przed sobą jeszcze kilkanaście lat bezgranicznej i beztroskiej miłości… ;)

O rany! Jestem TATĄ!

Prawie równo 11 lat temu zostałem po raz pierwszy ojcem. Jeszcze nie tak dawno pielęgniarka przywiozła mi syna w plastikowym pudełku, informując mnie, że muszę się nim zająć a dziś chodzę na wywiadówki w 5 klasie mojego syna. Kiedy to zleciało? Czego się o sobie dowiedziałem w tym czasie? Czy byłem gotowy do bycia ojcem? Czy wiedziałem co się z tym wiąże? Postaram się opisać proces związany z dojrzewaniem do bycia 100% ojcem i kochającym tatą.

O rany! Jestem TATĄ!

Pamiętam ten deszczowy i pochmurny dzień, gdy pojechałem do kliniki na pierwsze USG, bo czuliśmy, że tamtego jednego wieczoru chyba jednak za bardzo się rozpędziliśmy. Mieszkaliśmy już ze sobą rok, układało się między nami bardzo dobrze i lekko przestraszeni weszliśmy do gabinetu lekarza.

Po krótkim badaniu lekarz potwierdził, że zostaniemy rodzicami a nasza mała fasolka ma aż 5 mm! Widziałem ją na ekranie monitora i poczułem niesamowite szczęście, którym szybko przez smsy, telefony dzieliłem się ze światem. Ciąża nie przebiegała prawidłowo. Walczyliśmy o jej utrzymanie aż po jakimś czasie wszystko się ułożyło. No prawie wszystko, bo syn nie odwrócił się głową do dołu.

24 sierpnia mieliśmy zgłosić się na kontrolę do szpitala. Lekarz mówi, że rozpoczęły się skurcze i jest problem, bo trzeba odwrócić syna, aby poród odbył się naturalnie. Nie rozumieliśmy do końca co to oznacza, czego się od nas oczekuje. Ale zgodziliśmy się. Odwrócenie się udało ale niestety pępowina okręciła się dookoła szyi i młody był przyduszany, co mogło się bardzo źle skończyć. Szybka decyzja o cesarce, „Pan zostanie na korytarzu!”. Po 20 minutach pielęgniarka wyjeżdża z plastikowym wózeczkiem, mówi, że jestem ojcem i muszę się zająć synem. Wtedy rozpoczęło się moje życie. Wszystko co się do tej pory wydarzyło, zniknęło i stało się zupełnie nieistotne.

Pamiętam jego skupiony wzrok, ciemne oczy, czapeczkę, która do tej pory mnie rozczula. Co czułem? Szczęście, lęk, dumę. Czy kochałem tego malucha? Nie umiem nawet w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie. Był mój, taki jak ja, wpatrzony we mnie i bezbronny. Na pewno to co poczułem, to niesamowita odpowiedzialność za niego, Żonę i cały świat, który nagle zawirował, przekręcił się o 360 stopni i zostawił nas samych z tematem, który był dla nas zupełnie nieznany. Nie uczęszczaliśmy do szkoły rodzenia, nie wiedzieliśmy za wiele o pielęgnacji, wychowaniu. Wszystko było nowe.

Kiedy przyszła miłość? Nie wiem dokładnie kiedy to się stało. Wydaje mi się, że to był proces. Odpowiedzialność powoli była wypierana przez to uczucie, które powoduje, że przestaje się widzieć świat poza tym małym człowiekiem. Jednak skłamałbym, że to mnie zdominowało. Byłem w takim wieku, że postrzegam to teraz bardziej jak przygodę, niż poważny temat, który wymaga dojrzałości. Spędzaliśmy z małym każdą chwilę, martwiliśmy się o pracę, opiekę nad nim po 6 m-cach, ale też czuliśmy, że jesteśmy dla niego całym światem. To uczucie, ta bezbronność i ufność wobec nas, budziła we mnie bardzo głębokie uczucie, które jest niepodobne do niczego innego co znałem wcześniej. Ale zanim to się w pełni rozwinęło, musiało minąć naprawdę wiele czasu.

Po 2 latach narodził się nasz drugi syn i już nie było takiej paniki, niewiedzy. Wszystko się układało całkiem dobrze. Drugiego brzdąca pokochałem praktycznie z marszu. To znaczy kochałem ich dwóch. Żaden z nich nie był ważniejszy od drugiego. Po prostu serce mi urosło i wypełniło się jeszcze większym uczuciem. Jednakże dalej byłem bardziej obserwatorem niż aktywnym tatą. Oczywiście zajmowałem się nimi, ale większość obowiązków związanych z opieką, spadło na barki mojej żony. Wtedy nie widziałem w tym nic złego. Z perspektywy czasu widzę, że targało nami tak wiele emocji, przeplatanych zmęczeniem, obowiązkami, że nie zastanawialiśmy się jaką rolę będziemy pełnić w życiu dzieci. Stereotypy, które miałem w głowie, żyły swoim życiem. Mama kocha bezinteresownie, odczuwa instynkt a ja mam pomagać i po prostu być. Nie mówiono wtedy w mediach o partnerstwie i powielałem model wychowania wyniesiony z rodzinnego domu.

PRZEMIANA.

Wszystko się zmieniło, gdy starszy poszedł do przedszkola a jedno ze zdarzeń, wywróciło wszystko co się działo do tej pory. Pamiętacie czas gdy oddawaliście dziecko po raz pierwszy? Ono nieświadome co je czeka, zdenerwowani rodzice, płacz, histerie, dzieci wczepione w kurtki, przytulone z całej siły do nogi i te łzy, które łamią serce… Wtedy poczułem bardzo wyraźnie jak bardzo go kocham i jak wiele dla mnie znaczy. Nie chciałem go tam zostawiać. Patrzyłem na jego rozpacz i płakałem w środku razem z nim. Od tamtego momentu ta więź dominuje w moim życiu i nadaje jemu sens. Wielokrotnie zdarzało mi się wycierać jego i swoje łzy o poranku po wyjściu z przedszkola. Czasem bywałem zły na niego za te wrzaski ale i tak po wejściu do samochodu, w drodze do pracy, byłem w środku kompletnie rozwalony oraz wzruszony tą całą sytuacją.

Momenty, które to potęgowały były związane z różnymi występami (jasełka, dzień taty, dzień mamy i inne), nieporadnymi rysunkami, które widziałem na wystawie w szatni przedszkola. Duma, szczęście, miłość. Czułem to bardzo wyraźnie.

Potem każdego dnia po pracy organizowałem im czas. Stwierdziłem, że warto olać obowiązki w domu, czasem nawet nie sprzątać, byle być z nimi, zorganizować coś fajnego. To się w zasadzie doskonale sprawdzało. Aby dowiedzieć się więcej o tym jak się odnaleźć w procesie wychowania, przeglądałem fora parentingowe, czytałem co piszą mamy, szukałem różnych opracowań na tematy związane z dziećmi i budowałem swoją świadomość bycia ojcem.

Jednakże cały czas powielałem model wychowania wyniesiony z domu, gdzie patriarchalne podejście było normą i oczekiwałem od dzieci posłuszeństwa, bez żadnej dyskusji.

Aż przyszedł moment, gdy nie wytrzymałem jakiejś awantury z nami, przełożyłem młodszego przez kolano i dałem mu 3 potężne klapsy. Czy się uspokoił? Niestety nie. Coś we mnie pękło. Popłakałem się i zacząłem żałować swojej słabości, tego upokorzenia, które sprawiłem synowi a świadomość porażki, bo tak jak pisałem, nie widziałem po nim, żeby zrozumiał swoje postępowanie (a jednocześnie zobaczyłem, że się mnie boi), skutecznie wyleczyła mnie z modelu dość surowego i konsekwentnego w takim podejściu ojca.

Zacząłem analizować swoje i ich zachowanie oraz postanowiłem już nigdy nie podnosić głosu. Obiecałem też sobie, że nigdy więcej nie podniosę na nich ręki a zacznę stosować coś, co sprawdza się doskonale w moim przypadku (to udało się mojej Mamie ze mną), czyli będziemy rozmawiać i omawiać wszystko co nas nurtuje, z czym mamy problem, każde złe i dobre zachowanie.

I po raz kolejny w moim życiu, zdarzenie, które zmieniło mnie wewnętrznie, spowodowało, że moja miłość urosła. Poczułem się po raz kolejny niesamowicie odpowiedzialny, dojrzały, ale też mocno kochany. Przeprosiłem syna, obiecałem jemu i bratu, że to się więcej nie powtórzy. Wtedy wkroczyliśmy na  drogę zaufania, uczuć, których wcześniej nie znałem i spokoju, który towarzyszy nam do dziś.

Tak pokrótce wyglądała moja droga do bycia Tatą – takim jakiego sam chciałbym mieć. Uczucie, które rodziło się we mnie wynikało również ze zmiany podejścia, zrozumienia, że moi synowie, to przede wszystkim ludzie i należy im się szacunek, taki jakiego oczekuje każdy dorosły wobec siebie. To akceptacja ich odrębności i tego, że nie stanowią w żaden sposób mojej własności. To niezależne osoby, które powinienem nauczyć wartości, dzięki którym wejdą spokojnie w dorosłe życie z dobrze ukształtowanym światopoglądem. To ludzie, których jednocześnie kocham, co powinno się przełożyć na poczucie bezpieczeństwa, świadomość tego, że mogą na mnie zawsze liczyć i że niezależnie od sytuacji, zawsze będę ich kochał.

Jak widać z powyższego, uczucie do dziecka nie rodzi się w ojcu od razu. Facet dojrzewa do tego, wraz z uświadomieniem sobie swojej roli w życiu małego człowieka a relacja z nim pozwala mu to coraz bardziej pogłębiać. Ale wynika to również z wieku, w którym zostałem ojcem. 25 lat to fajny wiek, ale mężczyzną zostałem kilka lat później. I to też miało wpływ na to jak powitałem na świecie moje 3 dziecko.

W międzyczasie rozwiodłem się z Żoną, co było dużym momentem zwrotnym w życiu moich synów i moim. Paradoksalnie stałem się lepszym ojcem. Gdy żyjemy w związku, wracamy późno z pracy, nie zawsze mamy ochotę i siłę na zabawę, czytanie. Na pewno mamy ochotę paść na łóżko i zapomnieć na chwilę o całym świecie. Wtedy mówimy, żeby włączyli sobie bajkę, grę i mamy „spokój”. Po rozwodzie, moja tęsknota za nimi była przeogromna. Każde spotkanie to 100% poświęcenia czasu na zabawę, odkrywanie świata, rozmowy i finalnie nasze wspólne życie staje się jeszcze bardziej intensywne. Oczywiście wymaga to ogromnego zaangażowania i poświęcenia siebie na rzecz dzieci, ale kiedy mam to robić jak nie teraz? Jeszcze kilka lat i oni znikną z domu, pójdą w świat a mi zostanie garść wspomnień z wypraw rowerowych, pływania w jeziorze, ognisk, grania w piłkę i wielu, wielu innych, które nawet  teraz wywołują u mnie wzruszenie.

DOJRZAŁOŚĆ.

Pojawienie się córki, wydarzyło się 10 lat po pierwszych narodzinach. I tu już będąc dojrzałym i świadomym konsekwencji, procesów wychowawczych mężczyzną, odpaliłem moje uczucia od samego początku. Mogę wręcz powiedzieć, że poczułem coś, co wcześniej nie było obecne w moim życiu. Instynkt tacierzyński. Już nie byłem obserwatorem ale aktywnie od  samego początku, bez żadnego lęku uczestniczyłem i uczestniczę w procesie opieki oraz wychowania.

Widzę wyraźnie, że moje podejście jest zupełnie różne od tego, które miałem przy swoim pierwszym dziecku. Po pierwsze niczego się nie boję. Pieluchy, kąpanie, przebieranie. Przy trzecim dziecku ma się to w małym palcu. I dzięki temu mogę skupić się na tym co się dzieje ze mną w środku. A tu poczucie szczęścia z posiadania trójki dzieci, powoduje, że życie ma smak, jest bardzo intensywne i co ciekawe wizja tego, że dzieci znikają niedługo z domu, oddaliła się i moja młodość automatycznie się wydłuża ;)

MAMA.

Pisałem kiedyś o tym, że dzisiejsze czasy zrównały role rodziców w procesie wychowawczym. Praca na tych samych stanowiskach, wyzwania rynku pracy, powodują, że w ciągu dnia zajmujemy się podobnymi sprawami i różnice między nami ulegają zatarciu. W związku z tym rośnie znaczenie partnerstwa, dzięki któremu żadne z rodziców nie jest bardziej obciążone niż partner. Skoro tak samo pracujemy, to nie ma powodu, dla którego nagle w domu mężczyzna ma wypoczywać a jego żona sprzątać, gotować, prasować i jeszcze zajmować się dzieckiem. Powinniśmy się tym wszystkim podzielić, by móc znaleźć jeszcze czas dla siebie.

Oczywiście narodziny dziecka, wymuszają na początku to, że kobieta spędza więcej czasu z dzieckiem, karmi je piersią, przez co jej rola w zajmowaniu się potomkiem jest dominująca, ale wszystko się zmienia w momencie pójścia do pracy. Wtedy nie ma powodu, dla którego to mama jest ważniejsza.

Ale czytając fora, przeglądając artykuły na ten temat, widzę, że nie każda kobieta jest na to gotowa. Często spotykam się z argumentem, że to mama czuje lepiej co dolega dziecku, wie jak się nim opiekować, zajmować, jak je uspokoić (to matczyne ciepło…) i żaden ojciec nigdy nie dorówna kobiecie w tym względzie. Osobiście nie zgadzam się z tym zdaniem. Umiejętności mamy takie same, ale nie zawsze w parze idą chęci po stronie ojców. Wygodnie jest przytaknąć kobiecie i zająć się swoimi sprawami, podczas gdy partnerka robi wszystko przy dziecku. Ale to tylko wygoda. Prawda jest taka, że przewijanie, karmienie, kąpanie, przebieranie, uspokajanie wyjdzie tak samo dobrze tacie, jeśli tylko poświęci odrobinę czasu na przyuczenie do wykonywania czynności z tym związanych. O ile przy pierwszej dwójce, byłem dość wygodny, to przy trzecim jestem na tyle dojrzały, by rozumieć na czym polega partnerstwo i potrzeba dzielenia się obowiązkami. Na szkole rodzenia przypomniałem sobie jak się przebiera, zmienia pieluchę i jak bardzo ważna jest moja rola, by kobieta nie była tak obciążona obowiązkami, że macierzyństwo i związek jej szybko obrzydnie. Dlatego tak ważna jest współpraca i podział obowiązków między rodzicami.

SPOŁECZEŃSTWO.

Z nieskrywaną fascynacją obserwuję zmiany jakie dokonują się w społeczeństwach zachodnich (w tym naszym), gdzie model patriarchalny, znany od tysięcy lat, na naszych oczach odchodzi do lamusa. Coś, co było swego rodzaju dogmatem, powoli traci rację bytu. Zacierające się różnice, zmiany ról w społeczeństwach postępują bardzo szybko. Jeszcze 10 lat temu hasło „partnerstwo” znane było nielicznym. Dziś stanowi przedmiot społecznych dyskusji, zajmuje się tym sejm. Partnerstwo budzi też niepokój wśród mężczyzn wychowanych w kulcie macho, dla których oznacza ono bycie pantoflem i podporządkowanie się kobiecie w tematach do tej pory przypisanych wyłącznie „słabszej” płci (pranie, sprzątanie, wychowanie, gotowanie, podział obowiązków, prasowanie etc.). Ale jest coraz lepiej. Obecnie w telewizji są emitowane 2 spoty reklamowe. Jeden z nich pokazuje ojca zajmującego się córką i szykującego pranie. Szokująca zmiana i tu ukłony dla marki Ariel, która jako pierwsza zdecydowała się na kampanię proszku do prania, w którym nie jest pokazana kobieta. Niestety obawiam się, że może stać za tym chęć wybicia się z clutteru reklamowego poprzez zmianę konwencji, aczkolwiek jest to bardzo dobry kierunek, który wdziera się szturmem do naszych domów. Nie znam opinii widzów po obejrzeniu tej reklamy, ale potrafię sobie wyobrazić, że w wielu domach może paść określenie „ciota a nie facet”, wypowiedziane przez brzuchatego gościa z piwem w ręku, który zalega po pracy na sofie, podczas gdy żona zasuwa w kuchni a dzieci są zostawione same sobie.

Drugi spot to element kampanii promującej urlopy ojcowskie. Widać w nim mężczyznę, który opowiada, że bycie tatą jest fajne ale też wymagało tego, żeby nauczyć się wszystkiego związanego z zajmowaniem się nowo narodzonym dzieckiem. Czyli pokazuje to, o czym pisałem powyżej. Po raz pierwszy w telewizji ktoś mówi, że wychowanie dziecka, wykonywanie czynności przy dziecku, to zadanie nie tylko dla kobiet i że nie mają one monopolu na wiedzę i umiejętności jak zajmować się swoją pociechą.

Zmiany, które opisuję wynikają również z dostępu do treści opisujących perypetie innych rodziców, porad, wypowiedzi psychologów itd. Wcześniej kobiety kupowały pisma typu „Dziecko”, „Mamo, to ja” ze względu na to, że były do nich adresowane. Żaden mężczyzna nie zagłębiał się w to i stanowiło to przedmiot umacniania stereotypowej roli kobiety i mężczyzny w społeczeństwie. Prasa przechodzi obecnie kryzys, pisma parentingowe skierowane do kobiet, to jedna wielka tablica ogłoszeń i trudno odnaleźć w nich jakieś przydatne treści. Internet zdominował przestrzeń, z której rodzice czerpią wiedzę na tematy związane z tym jak być mamą, ojcem, na co zwracać uwagę, kim jesteśmy dla dzieci i kim dzieci są dla nas. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki, co przekłada się na wzrost zainteresowania tematem przez ojców, którzy coraz częściej chcą dowiedzieć się więcej o tym jak należy postępować z dzieckiem a coraz częściej sami mają coś do powiedzenia innym rodzicom.

Różnica w podejściu mamy i taty, polega na zadaniowym trybie wychowania w przypadku ojca i bardziej emocjonalnym w wykonaniu mamy. Ale myliłby się ten, kto myśli, że ojcowie nie mają uczuć i emocji. Skoro już umiemy zmieniać pieluchy, to czemu nie mielibyśmy przytulić swojego syna czy córki, powiedzieć, że się kocha, wysłuchać problemów, pomóc je rozwiązać, porozmawiać o pierwszych miłościach, troskach, porażkach i sukcesach. Na swoim przykładzie widzę, że to niesamowita sprawa, gdy syn spontanicznie się przytula, mówi „Kocham Cię Tatusiu”, a przecież jest już dużym gościem, który zaczyna stawać się powoli mężczyzną. Pamiętam, że ojcowie moich kolegów, w tym mój, tacy nie byli. Nikt nie przytulał za często, mężczyźni po pracy zajmowali się swoim światem a usłyszeć „Kocham Cię synu”, to była jakaś fantastyka. To się zmieniło. Nie ma nic złego w okazywaniu uczuć, tak jak to do tej pory robiły kobiety. Ale w drugą stronę też to działa. Wiele samotnych matek, pełni również rolę ojca i muszą umieć działać w zadaniowym trybie, łącząc elementy miłości matki z konsekwencją ojców. Tak więc miks emocji, uczuć, konsekwencji, który był do niedawna przypisany na sztywno do płci, ulega repozycjonowaniu. I o ile łatwo mi sobie wyobrazić, że 10, 50, 100 lat temu mężczyzna mający córkę, ulegający fascynacji nią (tzw. córeczka tatusia), nie miał z tym problemów, tak w przypadku synów, okazywanie uczuć stanowiło oznakę słabości a nie siły, tak jak ma to miejsce teraz.

Podsumowując. Obserwujemy rewolucję społeczną, która nie miała miejsca do tej pory w historii świata. Zacieranie różnić pomiędzy rolą ojca i matki, będzie miało daleko idące konsekwencje dla społeczeństw. Pełni poczucia bezpieczeństwa dorastający synowie, ojcowie pełniący identyczną rolę w procesie wychowania jak ich partnerki, nie tracący nic ze swojej męskości, to znak czasów. Jakie będą efekty takiej zmiany, możemy powoli obserwować w modelu skandynawskim, gdzie już jakiś czas temu, państwo pomogło w osiągnięciu równowagi, dając możliwość brania obowiązkowego urlopu ojcowskiego, którego celem jest zbudowanie więzi z dzieckiem. Nie wiem jacy są obecni mężczyźni na północy Europy, którzy byli wychowywani w takim modelu, ale to co dla nas jest nowością, dla nich jest oczywistością, której nie trzeba komentować. Ot zwyczajny model, dzięki któremu wszystkim żyje się lepiej.

Różnice, które pewnie nigdy się nie zatrą a wynikają z płci, dotyczą nauki odwagi. Czym różni się kobieta i mężczyzna, którzy uczą dziecko jeździć na rowerze, trzymając kijek zamocowany z tyłu roweru? Kobieta nigdy nie puści kijka ;)

I tym akcentem kończę artykuł, który mam nadzieję, pozwoli innym rodzicom spojrzeć na procesy wychowawcze w swoich domach. Może dzięki temu ktoś zamiast skupiać się na swoim zmęczeniu po pracy, usiądzie z dzieckiem na podłodze i najzwyczajniej w świecie, otworzy przed młodym człowiekiem nowe spojrzenie na świat?

Tego wszystkim życzę i serdecznie pozdrawiam

Do3xTata

PS. poniżej znajdują się dwa spoty, o których pisałem wcześniej. Zachęcam do obejrzenia i przemyśleń :)

http://www.youtube.com/watch?v=6-W20Lckt94

Jak to jest mieć syna? Ciąg dalszy…

Na prośbę jednej z czytelniczek o pogłębienie tematu dotyczącego relacji ojciec – syn, postanowiłem faktycznie go dokończyć, aby zrozumieć jak zmieniło się podejście ojców do synów i jak bardzo nowa jest to postawa w stosunku do modelu patriarchalnego obecnego w naszej kulturze, praktycznie od początku jego powstania.

No właśnie. Jacy są dzisiejsi faceci? Jaka rola na nich spoczywa w procesie wychowania synów?

Długo rozmawialiśmy z M na ten temat i wnioski zaskoczyły nas samych. Na początku wydawało nam się, że są istotne różnice wychowawcze, które wynikają z naszych ról w społeczeństwie. Stereotypy podpowiadały mi, że kobiety są bardziej od spraw związanych z emocjami, dzięki którym synowie mają poczucie bezpieczeństwa, mają do kogo się wyżalić, przytulić czy opowiedzieć o swoich rozterkach/problemach.

Obok stoi mężczyzna/ojciec, który ma nauczyć syna odwagi, pokazać, że nie warto się mazgaić jak się człowiek przewróci, który zachęci do wejścia na drzewo i nauczy dzieci jak być w życiu twardym i odpornym na ból duszy i ciała.

Ale po dłuższej analizie doszedłem do wniosku, że to model przeniesiony z przeszłości, w której mężczyźni byli wojownikami, jedynymi żywicielami rodziny a kobiety zajmowały się wyłącznie wychowaniem dzieci i dbaniem o „ognisko domowe”.

Spoglądając wstecz, na pokolenie moich rodziców, widzę, że tamten model miał się bardzo dobrze i wywierał silny wpływ na to, jak zostaliśmy wychowani. Do tej pory mówi się, że „za naszych czasów” dzieci potrafiły zająć się sobą a nie to, co teraz – gdy dzieci wymagają ciągłej atencji, która często wyzwala w nas irytację czy zniecierpliwienie. Przypominacie sobie, żeby nudzić się w dzieciństwie? Własność: NARODOWE ARCHIWUM CYFROWEJak się spojrzy na to z boku, to okazuje się, że ojcowie mieli swój własny świat. Czasem byli nim koledzy, innym razem dłubanie w samochodzie pod blokiem, wędkowanie, telewizja itd. Czasem nas do tego świata wpuszczali i myślę, że doskonale pamiętamy te momenty, bo nie było ich za wiele. Piszę to z pozycji syna, bo prawie zawsze córki stanowiły oczko w głowie tatusia, co skutkowało budowaniem fajnych relacji opartych na zaufaniu, poczuciu bezpieczeństwa i wspieraniu w dokonywanych wyborach.

Mamy za to były naszą ostoją. Zawsze w domu, w kuchni, chętne do rozmów, pomocy, dbające o to byśmy szli do szkoły w czystych ubraniach, przypominające o zrobieniu porządków w pokoju.

Jak widać podejście kobiet i mężczyzn, które wychowywało dzieci z lat 70/80, było zupełnie inne od naszego.

Nadeszły nowe czasy. Nagle na rynku pracy pojawiło się wiele stanowisk, które z powodzeniem zagospodarowały kobiety. Walczyły o te wakaty z mężczyznami. Dziś wiele kobiet zajmuje menedżerskie stanowiska, zarządza firmami, działami, mając pod sobą mężczyzn. Wszystko się zmieniło. Oczywiście to duże uproszczenie, bo co jakiś czas media informują nas o szklanych sufitach, których nie przeskoczą kobiety, o dysproporcjach w pensjach i innych utrudnieniach, które powodują, że bycie kobietą na rynku pracy jest trudniejsze niż w przypadku mężczyzn.

Ale finalnie ONA i ON spotykają się w domu po pracy, a tu czeka dziecko, którym trzeba się zająć. Pisałem o tym w poprzednim wpisie, że w wyniku równouprawnienia, ale głównie partnerstwa w związkach, również mężczyźni mogą i powinni się wykazać w procesie wychowawczym oraz dbania o ognisko domowe. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić Panią menedżer, która wraca do domu, a jej partner zalega na sofie z pilotem. Ona biega od dziecka do kuchni, pierze i o 1 w nocy z poczuciem spełnionej misji kładzie się spać, by na drugi dzień wstać rano, zawieźć dziecko do szkoły i lecieć na biznesowe spotkanie z kontrahentami.

Krótko mówiąc w związku z zacieraniem się różnic na rynku pracy, jeśli chodzi o zajmowane stanowiska pomiędzy mężczyznami a kobietami, przeobrażeniu ulegają modele wychowawcze. Dziś ojcowie nie będą mieli okazji poleżeć na sofie, bo tak jak to bywa u mnie, po pracy zajmą się dzieckiem. I nieważne, czy to będzie spacer, wspólne odrabianie lekcji, kąpiel czy wyjście do kina. To, co kiedyś było wyjątkiem, dziś staje się regułą.

Kobieta też chce odetchnąć i znaleźć chwilę oddechu. Może to być fitness, książka, czy cokolwiek innego, co pozwoli jej na złapanie dystansu, a co finalnie spowoduje, że w domu będziemy mieli mniej zestresowaną kobietę.

Dawno temu, gdy moi synowie byli maleńcy, analizowałem jaką rolę chcę pełnić w ich życiu. Spojrzałem na swoje dzieciństwo, gdzie nikt nie mówił mi, że mnie kocha, nie przytulał zbyt często, a to co było ważne i do czego mnie motywowano, to nauka oraz godne reprezentowanie rodziny na zewnątrz. Oczywiście takie „samotne” funkcjonowanie finalnie wyszło mi na dobre. Zamiast z rodzicami, latałem z rówieśnikami bawiąc się w mniej lub bardziej niebezpieczne zabawy. Nikt specjalnie nie mieszał się do naszego dziecięcego świata, chyba, że tak nawywijaliśmy, że szkoła musiała skontaktować się, z którymś z rodziców. Efekty tej wymuszonej poniekąd samodzielności były w mojej ocenie pozytywne. Szybko osiągnąłem samodzielność i wyprowadziłem się z domu. Do wszystkiego w życiu dochodzę sam, wiedząc, że pomoc rodziców to ostateczność. W sumie przyzwyczaiłem się. Ale brakowało mi jednego – uczucia bezkresnej miłości i kochania mimo wszystko. Oczywiście matczyna miłość mi to dawała, ale już ze strony ojca bałem się, że brak sukcesów spotka się z jego dezaprobatą. Stąd wieczna potrzeba wymiernych sukcesów i poczucie niepokoju, gdy osiąga się moment względnej stabilizacji, a na horyzoncie nie ma żadnego podium.

I po analizie swojego dzieciństwa postanowiłem działać wprost przeciwnie. Nie byłem przytulany? Będę przytulał. Ojciec nie przychodził na moje występy w przedszkolu? Postaram się być na nich zawsze. Nie słyszałem, że jestem kochany? Moi synowie będą to słyszeć bardzo często. Czułem lęk przed porażką, by nie zawieść ojca? Postaram się zrozumieć jej przyczyny, omówić i pomóc, by nie doszło do niej kolejny raz. A ja będę kochał mimo wszystko, bo może zdarzyć się przecież tak, że dzieci nie będą zdolne, nie będą osiągać jakiś niesamowitych wyników i co wtedy?

Działając w ten sposób już od wielu lat, rozmawiając z dziećmi, będąc przy nich w każdej ważnej chwili, tej smutnej i tej wesołej, zauważam, że chcąc nie chcąc wszedłem w obszar zarezerwowany do tej pory wyłącznie dla kobiet. Pomimo siły, którą reprezentuję, odpowiedzialności, twardego charakteru, stać mnie na emocje, prezentowanie przed synami swoich uczuć, wspólne wzruszanie się na filmach, które oglądamy, na chwile słabości, przyznanie się przed nimi do błędu jeśli go popełniłem. W zamian otrzymuję to samo. Też słyszę, że jestem kochany, chociaż mi samemu te słowa nie mogą przejść przez gardło, w stosunku do moich rodziców, mimo tego, że bardzo ich kocham. Chłopaki wiedzą, że mogą na mnie zawsze polegać. Zależy im na tym bym był w szkole gdy występują przed szkołą czy klasą. Są wobec mnie szczerzy i oddani. Nie okłamujemy się, bo wielokrotnie sprawdziło się, że pełna wiedza na temat danego zdarzenia, pozwoliła nam rozpracować problem i umiejętnie go rozwiązać.

Był pewien moment, który był w tym wszystkim kluczowy. Gdy postanowiliśmy się rozstać z moją ex, to czego nie potrafiłem sobie wyobrazić, to moment wyprowadzki z domu.

Za namową znajomych, skorzystałem z pomocy psychologa. Po pierwsze pozwoliło mi to na określenie miejsca, w którym jestem w danej chwili. Pozbycia się poczucia winy wobec dzieci. Najważniejszą informacją, była ta, że dzieci chcą mieć szczęśliwych rodziców, niezależnie od tego czy są w związku z ich mamą czy nie. Jeśli ich życie miałoby przebiegać w otoczeniu walki, kłótni i co za tym idzie frustracji mamy i taty, to nie ma to najmniejszego sensu. Nie dość, że zniszczylibyśmy sobie życie nawzajem, to jeszcze konflikt spowodowałby, że dzieci mogłyby mieć problemy z budowaniem prawidłowych relacji w przyszłości, związki kojarzyłyby im się z walką a nas finalnie by znienawidzili za zniszczenie dzieciństwa. Psycholog uzmysłowił mi, że nasze szczęście jest gwarancją tego, że dzieci też na tym skorzystają i będą dorastać w poczuciu bezpieczeństwa, co wtedy wydawało mi się zupełną abstrakcją. Dowiedziałem się też jak przeprowadzić tę finalną rozmowę, którą mieliśmy przeprowadzić z ex we dwoje.

Od wyprowadzki minęło ładnych kilka lat. Mamy bardzo dobre relacje i dla dzieci jesteśmy rodziną. Kluczowy moment, o którym pisałem powyżej był związany z tym, że musiałem jeszcze mocniej zaangażować się w wychowanie dzieci. Nie chciałem by odczuły skutki rozstania i mojej nieobecności w ich domu rodzinnym. Okazało się, że dzieci mają poczucie tego, że dbam o nich, wiedzą kiedy się spotkamy i nie mają poczucia niepewności.

Dziś mogę spojrzeć sobie śmiało w oczy i powiedzieć – udało się. Jestem obecny w życiu dzieci w taki sposób, jakiego bym oczekiwał od mojego ojca. W dalszym ciągu jestem aktywny na każdej wywiadówce, występach. Znam ich sekrety, smutki i radości. Widzimy się bardzo często a relacje z ex są bardzo dobre. Można powiedzieć, że przyjacielskie. To, co było bardzo ważne, to odcięcie grubą kreską tego, co było przed rozstaniem i po. Na początku każde z nas obwiniało siebie nawzajem o rozpad małżeństwa ale stwierdziliśmy, że to bez sensu. Dlatego podjęliśmy decyzję, że nie patrzymy wstecz, tylko w przód. Szkoda czasu na walkę i wypominanie sobie, kto jest winien, bo stracą na tym dzieci. Dziś widzę, że to była jedna z najlepszych decyzji i szanuję bardzo to, że ex zgodziła się w tej kwestii ze mną, co pozwoliło skupić się na wychowywaniu.

Mój stopień zaangażowania w wychowanie synów, okazywanie emocji, uczuć pokazuje, że nie ma specjalnych różnic w wychowaniu dzieci przez ojca i matkę. No może jest jedna, która ostatnio mi przyszła do głowy. Wiecie czym się różni nauka jazdy rowerem swojego dziecka przez kobietę i mężczyznę? Kobieta nie puści kijka! ;)

Ale poza takimi sprawami jak nauka odwagi, okazuje się, że dzisiejsi ojcowie, weszli w role matek i potrafią być dla synów takim samym oparciem jak kobiety. Gdy jest im smutno to przytulę i wytrę łzy. Sam gdy mam chwilę słabości, nie wstydzę się przy nich rozkleić. Widzą mnie w sytuacjach domowych, które do tej pory były przypisane do kobiet (sprzątanie, gotowanie, prasowanie etc.). Gdy są chorzy to wiozę ich do lekarza, martwię się tak samo jak ich mama.

Być może w przyszłości pojawią się jakieś nowe sytuacje, zmiany społeczne, które znowu spowodują, że różnice w wychowaniu przez kobietę i mężczyznę się pogłębią. Na ten moment, ulegają zatarciu, co w mojej ocenie jest dobre dla wszystkich.

Chciałbym zaprosić do dyskusji na ten temat. Czy zgadzacie się z moim zdaniem?

Pozdrawiam

Do3xTata

*fotografia blokowiska jest własnością Narodowego Archiwum Cyfrowego

Siedź w domu i wychowuj dzieci!

Dziś pobudka nastąpiła o 5 rano. Ola postanowiła wstać wcześniej i pokazać nam, że spanie to nuda ;) I tak od piątej na zmianę wstawaliśmy i podawaliśmy smoczek, przykrywaliśmy a ona i tak z radością w oczach i głosie pokazywała, że sen jej nie interesuje. W końcu o 7 rano wstałem i zająłem się nią, tak jak to robię zawsze gdy szykuję się do pracy. M ma jeszcze przed sobą tydzień urlopu macierzyńskiego i już za chwilę oboje będziemy w takim samym stopniu poświęcać się obowiązkom.

W moim pierwszym małżeństwie nie było tak partnersko. Model, który wyniosłem z domu, to pracujący ojciec, mogący spędzać czas wolny w zupełnie dowolny sposób i Mama, która nie dość, że pracowała na etacie, to jeszcze zajmowała się mną i siostrą. Do tego oczywiście porządki, pranie, prasowanie, czyli kierat na 200%.

Moja ex nie wymagała ode mnie zbyt wiele. W czasie wolnym zajmowałem się głównie dziećmi a porządki, pranie i prasowanie były na Jej „głowie”.

Małżeństwo skończyło się po 10 latach i jakiś czas później związałem się z M. I tutaj nagle okazało się, że trzeba „pogadać” jeśli chcemy razem mieszkać. Pewnie, że chciałem zamieszkać z M, pamiętałem przecież swoje kawalerskie czasy, gdy cały dom był na mojej głowie. W domu panował delikatnie mówiąc bałagan, który raz na jakiś czas starałem się opanować a jedyne co szło mi całkiem dobrze, to prasowanie koszul. Tak więc usiedliśmy któregoś wieczoru do stołu i ustaliliśmy kto się czym zajmuje w naszym domu. Na samym początku na moją głowę spadło prasowanie sobie ubrań. Do tego doszło dbanie o porządek w kuchni, w tym zmywanie i to co lubię czyli gotowanie. M wzięła na siebie łazienkę, 2 pokoje, które i tak ogarniamy razem. Moje dodatkowe obowiązki to oczywiście opieka nad moimi synami. Na początku widywaliśmy się w poniedziałki, środy, piątki i soboty (te 2 dni spędzali ze mną i M). Po narodzinach Oli, jestem z nimi we wtorek, piątek i sobotę. Podział obowiązków domowych pozostał bez zmian, ale doszła dodatkowa aktywność związana z Olą. Tak więc w nocy M karmi małą a ja wstaję o 7, biorę Olę pod pachę i do momentu wyjścia do pracy, robimy razem kawę i szykuję się do pracy. M odsypia zarwaną noc ja lawiruję prasując, bawiąc się z córką, myjąc się itd. Po pracy około 18:30 staramy się wychodzić na spacery i potem razem kąpiemy i układamy mała do snu. Potem szybkie porządki, jakieś gotowanie, kolacja i od 21:30 mamy czas dla siebie. Czasem zostaję z Olą a M robi sobie wychodne, idzie spotkać się ze znajomymi, idzie do kina czy na koncert.

Jak to bywało kiedyś w moim domu rodzinnym? Ojciec wracał zmęczony z pracy, kolacja była podsunięta pod nos i tyle było z ojca. Mama za to latała do 1 w nocy i gotowała, prasowała i robiła porządki. W sumie nic się od tamtej pory nie zmieniło.

Dziś na stronie Gazety Wyborczej, pojawił się artykuł o tym czy kobiety powinny zostać w domu i zająć się wychowaniem dziecka czy może pójść do pracy i się realizować. Komentarze, które pisali internauci (głównie internautki) powodowały, że włosy stawały mi dęba. Wiele kobiet nie widzi nic złego w modelu, że one siedzą w domu a mąż „przynosi kasę”. One zasuwają, zajmują się tak zwanym „ogniskiem domowym”, wychowaniem dzieci a MĄŻ, ma jeden obowiązek – praca.

Jest wiele modeli na funkcjonowanie w związku. W Polsce patriarchat ma się dobrze ale w dużych miastach, zaczyna funkcjonować model partnerski, związany z równouprawnieniem. I ten model bardzo mi odpowiada. W praktyce polega on na podziale obowiązków, pomiędzy dwoje ludzi. Skoro oboje pracujemy, po pracy jesteśmy tak samo zmęczeni, chcemy mieć czas na realizację pasji, to nie ma innego wyjścia jak rozdzielić wszystko po równo. Co daje taki model? Zyskujemy czas dla siebie, którego nie będzie gdy jedna osoba weźmie na siebie wszystko a druga będzie odpoczywać po pracy. Czytam czasem w necie o tym jak to faceci zostawiają takie „zarobione po uszy” partnerki, bo ich żony przestały być atrakcyjne. Ale jak mają być atrakcyjne, skoro muszą zasuwać od świtu do nocy? Stąd tak ważny jest podział ról w domu, by kobieta miała tyle samo czasu na odpoczynek co mężczyzna. Jeśli ja zajmę się pisaniem bloga, to przyjdzie czas, gdy to ja będę siedział z Olą a M pójdzie na fitness, kosmetyczki i fryzjera.

Co daje ten czas, który zyskujemy dzieląc się obowiązkami? Po pierwsze nikt nie czuje się wykorzystany. Po drugie skoro oboje jesteśmy spełnieni, mamy więcej czasu, to mamy też więcej romantycznych chwil, rozmów i chęci na……. tu sobie sami dokończcie ;)

Namawiam wszystkie dziewczyny do tego by przegadały temat ze swoimi partnerami. Podzielcie się obowiązkami, postawcie na partnerstwo. Mamy XXI wiek i czasy patriarchatu mijają bezpowrotnie. Kobiety i mężczyźni pracują tak samo. Zajmowanie się dzieckiem nie wymaga jakiś niesamowitych umiejętności a między bajki można włożyć kwestie, że tylko płeć piękna potrafi się odpowiednio zająć dzieckiem. Też umiem zmieniać pieluchy, kąpać, prasować. Do moich synów latam na wywiadówki, a w przedszkolu to ja byłem na wszystkich jasełkach, angażowałem się mocno w ich rozwój, starałem się stać ich przyjacielem, kochającym ojcem, który nigdy nie bije, nie krzyczy a każdy problem rozwiązuje rozmową w celu zrozumienia motywacji, które kierują dziećmi i tłumaczeniu im, jak można postępować inaczej, by wszyscy byli zadowoleni. Piszę to w dużym skrócie, bo przeszedłem dość długą drogę, która była wyboista i czasem i mnie dopadało zniechęcenie. A jednak się udało. Z dziećmi problemów nie mam. Lubię wspólne odrabianie lekcji, wspólne porządki w ich pokoju, rozmowy, przytulanie i momenty, w których mówią, że mnie kochają. Nie jestem surowym ojcem. Chciałem zawsze, by dla moich dzieci słowa „kocham Cię”, nie były czymś, co zdarza się rzadko. Udaje mi się wejść w rolę matki i okazało się, że ja też potrafię wychowywać nie gorzej niż zrobiła by to kobieta. Obowiązki domowe, to też dość prosta sprawa.

Jest jeszcze jedna kwestia. Takich osób jak ja i M, gdzie nastąpiło porozumienie w sprawie obowiązków jest wiele. Znam kilku mężczyzn, którzy postępują podobnie. Znam też wielu takich, którzy zostali mentalnie w patriarchalnym modelu i za nic nie chcą ustąpić. Ale to się zmienia. Skoro chcemy być z kimś, to powinniśmy zrobić wszystko, by żadna z osób, nie była za bardzo dociążona. Wtedy wszystko staje się prostsze i zamiast myślenia co tu jest jeszcze do zrobienia, możemy skupić się na sobie i pielęgnowaniu związku. Myślę, że to powinna być najlepsza zachęta. Sam mam rozwód za sobą i chociaż powodem nie było porzucenie żony, bo przestała być atrakcyjna, to jednak wiele małżeństw rozpada się właśnie z tego powodu.

Link do artykułu w Wysokich Obcasach:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,66725,14482324,Kobiety__pracujcie_.html#Cuk

Tato, podobno w gimnazjum dzieci biorą narkotyki…

Dziś temat mocny, dość trudny i powiem szczerze, że sam nie do końca wiem, jak się w nim poruszać.

Narkotyki pojawiły się w moim otoczeniu już w 8 klasie. Na imprezach u starszej siostry kolegi palono trawkę, grano w badmintona w dużym pokoju i zaśmiewano się tak, że sam byłem ciekawy tematu.

Kilka lat później przez osiedle przetoczyła się fala browna (heroina), dzieciaki wynosiły z domu rodziców co tylko można było sprzedać, byle tylko mieć na „ćwiartkę”. Niesamowite tragedie działy się tuż obok, gdy ówcześni rodzice nie wiedzieli jak sobie poradzić z zaistniałą sytuacją.

Na wakacjach poznałem dziewczynę. Niesamowicie piękna, o „modrych” oczach. Spotkaliśmy się jakiś czas później i pokazała mi siniaki na w zgięciu ręki. To z kolei były ślady po amfetaminie. Gdy kilkanaście lat później spotkałem ją na ulicy, pomimo lata była ubrana w krótkie futerko, mini, szpile i w zasadzie niewiele się zmieniła. Oczy wciąż były te same. Jedno co ją odróżniało od dziewczyn w jej wieku, to fakt, że pracowała na ulicy. Rodzice w 3 klasie liceum wywalili ją z domu za ćpanie.

Dziś temat nie jest już tak abstrakcyjny jak kiedyś. Media dość szeroko omawiają temat i przeciętny Kowalski wie co to jest trawka, dopalacze, kokaina. Wie, że to zło. Ale pojawiają się też inne informacje, mówiące, że nie wszystkie narkotyki są tak samo złe. Marihuana powoli zostaje odczarowana i myślę, że za jakiś czas, dojdzie u nas do sytuacji, gdy zostanie zalegalizowana.

Ostatnio jadąc z dziećmi samochodem, syn powiedział mi, że podobno w gimnazjum dzieci biorą narkotyki. Zdębiałem. Myśli pędziły jak szalone i szukałem odpowiedzi, jak poprowadzić rozmowę, co mogę powiedzieć i jak, by nie straszyć jak za naszych czasów, gdy mówiono, że pod szkołą rozdają narkotyki za darmo aby dzieci się uzależniły i musiały kupować cały czas.

Co gorsza, to gimnazjum otworzy podwoje przed moim synem już za 2 lata. Jak poruszyć problem? Jak się przygotować? Udawać, że nic się nie dzieje, czy może powiedzieć coś mądrego, co syn zapamięta i będzie umiał wyciągnąć odpowiednie wnioski?

Jestem zwolennikiem szczerości, rozmawiania, wyjaśniania a w szczególności gdy temat jest trudny. Jeśli nie będę rozmawiał, to będzie krótko mówiąc pozamiatane.

Rozmowę zacząłem do stwierdzenia, że pewnie tak jest jak mówi. Głupie byłoby udawanie, że ten temat nie istnieje. Skoro kiedyś dostęp był trudniejszy niż dziś, to wiadomo, że narkotyki są na pewno obecne w gimnazjum. Znając życie jest to trawka, dopalacze czy amfetamina. Tak mówią statystyki o popularności narkotyków wśród młodych ludzi. Nie powinniśmy zapominać o alkoholu ale to nieco oddzielna kwestia.

Myśli dalej pędziły jak oszalałe ale mleko rozlane i trzeba iść dalej. Przede wszystkim powiedziałem, że są różne narkotyki, ale mają jedną cechę, która je łączy. Potrafią zdominować życie człowieka w 100%. Opowiedziałem mu o tych sytuacjach, gdy dzieciaki wynosiły z domu telewizory, komputery, magnetowidy. Że kilku znajomych z tamtych czasów nie żyje, bo zabiła ich heroina. Opowiedziałem też o rozpadzie rodzin, o odsunięciu się od bliskich, znajomych i stąpaniu po krawędzi, często na granicy prawa. Wiem, że małoletni dilerzy są obecni w szkołach. Że pewnie wielu jego kumpli spróbuje i się wkręci. To co wydało mi się za stosowne powiedzieć, to informacja o tym, żeby umiał odmówić, bo to nic złego i na pewno człowiek nie zdobywa przez to jakiegoś dodatkowego poklasku. Nauka i narkotyki też nie idą w parze, więc na pewno pojawią się problemy, które trudno będzie odkręcić.

Nie chciałem go straszyć i demonizować. Wiadomo, że otrze się o ten temat i znając życie, wcześniej czy później zapali jointa, tak jak robi to w tej chwili większość nastolatków. Ale z drugiej strony brakowało mi wiedzy i umiejętności rozmawiania o tym.

Dlatego powstał ten tekst. Kiedyś myślałem, że rozmowy o seksie są skomplikowane i mogą mnie przerosnąć. Ale seks to piękna sprawa i nie ma w nim nic złego. A narkotyki? Pomimo mojej wiedzy, nastawienia, obawiam się, że wszystko może pójść nie tak. Przyznaję się, że nie wiem jak dalej rozmawiać. Nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Może ktoś z Was ma podobne doświadczenia i poradził sobie z tym tematem?

W sumie mam poczucie osamotnienia. Państwo na pewno nam nie pomoże. Zepchnięcie dopalaczy do podziemia, nie zmniejszyło poziomu konsumpcji, ale wszyscy straciliśmy nad tym kontrolę. Dlatego też coraz częściej zastanawiam się czy dobrym pomysłem nie byłaby legalizacja wszystkich narkotyków, aby nie mogły ich kupić dzieciaki przed 21 rokiem życia (tak jak bardzo utrudnione są możliwości zakupu alkoholu). Pełna kontrola przemysłu narkotykowego, skończyłaby czas obłudy związany z udawaniem, że jeśli coś jest nielegalne, to tego nie ma (tak jak to ma miejsce z dopalaczami).

Czy ktoś z Was ma podobne rozterki i również nie wie jak rozmawiać na ten temat z dziećmi? A może właśnie ktoś poradził sobie z tym tematem doskonale i mógłby poradzić innym rodzicom jak postępować w takiej sytuacji? Wiem, że najważniejsza jest miłość, rozmawianie, bycie blisko dziecka, ale nie udawajmy, że to wszystko rozwiąże. Czasem dzieci idą po prąd, bo taką mają naturę.

Zapraszam do dyskusji.

Do3xTata

Blog parentingowy? Czyli o czym tu by napisać…

W zasadzie powinienem zadać to pytanie na samym początku.

O czym powinny pisać blogerki/blogerzy na blogach parentingowych?

Do tego typu przemyśleń sprowokował mnie wpis Kominka (najbardziej poczytnego blogera w Polsce), który opisał w dość trafny w mojej ocenie sposób, całą blogosferę, która porusza tematy związane z dziećmi. At symbol tongueSam obserwuję, to co się dzieje w tym temacie w necie i nie wygląda to zbyt dobrze. Większość blogów, to w zasadzie blogaski o pociechach a inne skupiają się na testowaniu produktów, głównie dla niemowlaków. Większość walczy o reklamę, o sponsora i porusza się w dość bezpiecznych rewirach. Brak kontrowersji, infantylizm, skupianie się na opisach swoich pociech i ich sposobie spędzania dnia. Nie ma nic o wychowaniu, nie ma opinii o sytuacji prawnej rodziców, podatkach, trudnościach, szkole, przedszkolu itd. Częściej widać pompowanie ego i to co zauważa Kominek, pisze się tak, by inne mamy zazdrościły stylu życia, pociech itp.

Znajoma, która prowadzi e-sklep z artykułami dla dzieci, napisała mi, że większość blogów parentingowych jest pisana przez mamy, które nie pracują i zajmują się wychowaniem dziecka. To one piszą i dzwonią po firmach, by dostać do testów produkt i go zareklamować. W ogóle jak się „przechadzam” po blogach, to pierwsze na co zwracam uwagę, to info dla potencjalnych reklamodawców. Zasady reklamowania produktów, zasady umieszczania reklam itp. Gdzieś umyka mi w tym cała idea blogowania. Piszemy (chyba) po to, by po pierwsze czytali nas ludzie, po drogie by dyskutowali z prezentowanymi treściami, a po trzecie, byśmy wszyscy wyciągali wnioski i uczyli się, bo może ktoś napisze coś, co może nam się przydać w życiu.

A jednak gdy wpadam na artykuły o blogach, to zawsze pojawia się w tle jakiś sponsor. Kominek, którego tu przytaczam, święty nie jest i odkąd pamiętam pisał tak, by móc z tego żyć. Z kontrowersyjnej postaci, stał się słupem ogłoszeniowym, chociaż czasem popełni jakiś ciekawy tekst (raz do roku łuk sam strzela, więc może to zwykły przypadek?).

Gdy podczas jednego z wieczorów, postanowiłem zacząć prowadzić bloga o wychowaniu, to w zasadzie zareagowałem jedynie na brak publikacji o roli ojca w życiu dzieci. Close-up of fingers hovering over keyboardW zasadzie jest ich bardzo niewiele a z kolei czasy, w których żyjemy, pokazują, że postawy kobiet i mężczyzn w życiu codziennym uległy bardzo dużemu przeobrażeniu. Wszystko poszło w kierunku równouprawnienia a widok faceta, który umie „obsłużyć” dziecko, zająć się domem, jest zadbany, nie spędza czasu na piciu browaru przed tv, tylko aktywnie uczestniczy w wychowaniu, kształtowaniu relacji w związku, nie jest już rzadkością. Sam obserwuję dookoła siebie mężczyzn, którzy mają swoje pasje, nie są życiowymi ciapami, mają fajne dziewczyny/żony, potrafią się zająć dzieckiem, z racji podziałów obowiązków w domu, sprzątają, prasują itd.

Pytanie jakie zadałem w tytule, jest w zasadzie retoryczne. Wiem o czym chcę pisać i jakie pobudki mi przyświecają. Jestem aktywnym tatą, który z racji posiadania trójki dzieci w różnym wieku, spotkał się z wieloma sytuacjami, które budziły moje oburzenie. Pamiętam moje starcie w walce o przyjęcie pierwszego syna do przedszkola. Problemy w szkole z religią, bójkami ze starszymi kolegami. To tylko 3 przykłady a jest ich o wiele wiele więcej i blog Do3xTata będzie tydzień po tygodniu poruszał wszystkie tematy, z którymi zderzamy się w procesie wychowania a często nie wiemy jak sobie z nimi poradzić.

Każda z problematycznych sytuacji jest przeze mnie analizowana i wyciągam wnioski. Uczę się na bieżąco i wprowadzam korekty do stosowanych rozwiązań. Blog ma na celu analizę różnych zachowań i dzielenie się swoimi spostrzeżeniami, wywołanie dyskusji, które pozwolą mi również spojrzeć na dany problem z różnych stron.

Ten blog jest dla Was a nie dla mnie. Ma być ciekawie, z pazurem, bez kompromisów.

Ma pokazać świat rodzica z punktu widzenia mężczyzny.
Mam nadzieję, że nie zawiodę czytelników i z czasem nabierze on jeszcze większych rumieńców i charakteru.

Jeśli ktoś ma ochotę poczytać, co napisał na temat blogów parentingowych Kominek, to zapraszam tu:
http://www.kominek.in/2013/07/blogi-parentingowe-jest-w-nich-wszystko-co-najgorsze-i-najlepsze-w-blogosferze/

Pozdrawiam czytających
Do3xTata

Urlop Tacierzyński

Skończył się urlop i w poniedziałek ruszyłem do pracy. Nie to, że jakoś bardzo chciałem, ale niestety czas wolny mija zbyt szybko i trzeba się dostosować. Przede mną sierpień, który jest również ostatnim miesiącem urlopu macierzyńskiego mojej M. M jest pędzącą przez życie kobietą, która nie może doczekać się powrotu do (nowej) pracy. Nie jest typem Matki Polki, która uwielbia spędzać czas z dzieckiem 24h/dobę. Oczywiście rozumiem Ją doskonale i staram się odciążać jak mogę ale odkąd mała przestała tolerować butelkę, nie mogę zostać z nią i karmić, co wyklucza z kolei wyjścia M „w miasto”. Podczas tych pięciu miesięcy mieliśmy gorsze i lepsze chwile i M czasem powtarzała, że nie wiem co to znaczy być z dzieckiem cały czas, że nie zrozumiem tego nigdy. Pewnie ma rację i zacząłem analizować czy nie lepiej by było dla wszystkich, gdyby ojcowie musieli obowiązkowo zostać z dzieckiem w domu przez 2 m-ce tak jak to ma miejsce w Skandynawii.

Polskie prawo zaczyna się zmieniać na plus w tym temacie i w związku z tym z przyjemnością obserwuję próby jego zmiany, które dotyczą zaangażowania ojców w wychowanie dzieci. Na razie odbywa się to półśrodkami. Father giving milk to baby (2-5 months)Mamy już stosowane w praktyce (w tym przeze mnie) urlopy ojcowskie, w wymiarze 2 tygodni do wykorzystania przez 12 mcy od urodzenia dziecka.

Ale dalej nie jest to wyłączna opieka ojca nad dzieckiem.

Dlaczego urlop tacierzyński to takie rewolucyjne i jakże potrzebne rozwiązanie?

W społeczeństwie patriarchalnym jakie mamy w Polsce, to kobieta ponosi największy koszt związany z wychowaniem małego człowieka. To ona jest na każde zawołanie. Kiedy my jesteśmy w pracy, mamy karmią, przewijają, przebierają, gotują, sprzątają, chodzą na spacery i robią masę innych rzeczy, które często nie są miłe, budujące, rozwijające. To na matkach spoczywa trud wychowania w pierwszych 6 a obecnie nawet w 12 m-cach. My jako ojcowie działamy z doskoku i nie mamy tak dużej wiedzy o dziecku, jakie mają nasze partnerki. Oczywiście nie mamy piersi, więc nie karmimy, ale to jedna z wielu spraw, którymi zajmują się mamy.

Obserwując moją M i widząc jak dużo energii zabiera Jej przebywanie z dzieckiem 24h, widzę, że my – ojcowie nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić jak wygląda przeciętny dzień na urlopie macierzyńskim. Nie czujemy tej nużącej rutyny, ale też nie obserwujemy na bieżąco dziecka i nie zaspokajamy jego potrzeb. To duży trud połączony z satysfakcją.

Chciałbym aby wprowadzono obowiązkowy urlop tacierzyński w wymiarze 2 mcy. Dad holding baby daughter, wearing headphones in front of turntablePo porannej pobudce gdy nasze partnerki szykowałyby się do pracy, my właśnie przygotowywalibyśmy mleko, przwijalibyśmy i szykowalibyśmy np. do wizyty u lekarza. Na początku pewnie to duża frajda ale potem? Gdy to wszystko trwałoby miesiąc, dwa? Dzień po dniu? To na pewno wyzwanie. Każda chwila z dzieckiem. Kim stalibyśmy się dla tej małej istoty? Kim ona stałaby się dla nas? Serce i rozum mówi mi, że byłoby super. Że te 2 mce na zawsze zmieniłyby nasze życie. Czy wtedy, któryś z nas powiedziałby swojej żonie/partnerce, że „Ty nic w sumie nie robisz, tylko siedzisz z dzieckiem a ja w tym czasie pracuję i jestem po pracy zmęczony”? Zakładam, że nie. Taka sytuacja to pełne równouprawnienie i zakładam, że wielu ojców by się przeciwko takiemu rozwiązaniu buntowało. Przyczyna jest prosta. Wygodnictwo, bo jednak praca pozwala na oderwanie się od domu, odetchnięcie od pieluch, karmienia, płaczu.

Ciekawe co by się stało gdy po całym dniu z dzieckiem, mama wraca po pracy i mówi, że nie ma siły po ciężkim dniu i musi się przespać? ;) Przecież takie sytuacje są powszechne wśród mężczyzn.

A może paradoksalnie to nam mężczyznom byłoby prościej, bo nie targają nami takie emocje jakie odczuwają kobiety i umielibyśmy sobie to wszystko fajnie poukładać i finalnie okazałoby się, że sprawia nam to dużo frajdy i jest to coś co umocniłoby w nas bycie mężczyznami i ojcami jednocześnie?

Równouprawnienie to motto, które jest dla mnie bardzo ważne na każdym poziomie życia w związku. Podział obowiązków pozwala stworzyć nową jakość w byciu razem, bo zyskujemy więcej czasu na spędzanie go we dwoje.

Zdjęcie sporej części obowiązków w postaci opieki nad dzieckiem, również powinno pozytywnie wpłynąć na relacje a jednocześnie najważniejszy zysk z takiego rozwiązania, to zbudowanie więzi z dzieckiem na poziomie nieznanym wcześniej w polskim społeczeństwie.

Jak oceniacie takie rozwiązanie? Interesuje mnie zarówno głos ojców jak i matek. Wydaje mi się, że w dużych miastach, gdzie żyjemy dość nowocześnie, taka zmiana przyjęta byłaby raczej pozytywnie. A co z ludźmi ze wsi, gdzie patriarchalny model, wspierany religią katolicką ma się całkiem dobrze?

Zapraszam do dyskusji :)

Najwięksi kumple czy może rywale? Jak to jest mieć syna.

Pewnie wielu ojców gdy rodził się ich syn, poczuło dumę i w głowie pojawiły się pierwsze plany. Oczywiście wiadomo, że będziemy grali w piłkę, na komputerze i zostaniemy najlepszymi kumplami. Nasi synowie zostaną astronautami a my będziemy autorytetami, dzięki którym zawsze będą szli właściwą drogą.

Okazuje się, że po drodze stoi wiele wyzwań i zanim dojdzie do tej piłki, musimy przejść przez pieluchy, zarwane noce ale też rano obudzi nas uśmiech dziecka, jego ciekawość, zainteresowanie nami i światem. Okazuje się, że duma może dotyczyć tak prostych spraw jak pierwszy uśmiech, ząb, słowo, kroki. Tacierzyństwo może być fajne.

Potem przychodzi okres, w którym faceci wrzucają czasem zdjęcie na facebooka jak lecą za rowerem z kijem – i ten moment, kiedy puszczasz ten kijek, dziecko jedzie a Ty wiesz, że to dzięki Tobie. I że to już zostanie tak na całe życie! 1009619_10201426049283369_1053137501_o

I chciałoby się, żeby tak było zawsze. A w życiu bywa różnie i czasem zdarza się, że nasza obecność w życiu dziecka jest determinowana przez to czego my sami nie dostaliśmy w życiu. Ojcowie naszego pokolenia często byli nieobecni, zapracowani, pochłonięci własnymi sprawami.

Teraz mam córkę i widzę po sobie, że po raz pierwszy w życiu nie mam żadnych oczekiwań. Nie musi być „astronautką” a duma, która mnie rozpiera wynika z tego, że ma ładne oczy i pięknie się uśmiecha ;)

Czy w takim razie bycie ojcem synów to trudniejsze zadanie?

Przede wszystkim w relacji z nimi postawiłem na szczerość i konsekwencję. Nie ma żadnych ściem, owijania w bawełnę. Jest wiele rozmów, analizowania różnych sytuacji. Wchodzimy w każdy temat. Konsekwencja dotyczy obietnic i planowania. Jeśli dotrzymuję zawsze słowa, to tym łatwiej mi wymagać tego od nich. To nie wzięło się znikąd. Jako dziecko pamiętam zawód, który czułem gdy Tata obiecywał mi coś, a potem to się nie działo. Utkwiło mi to w głowie, gdy koledzy obśmiali mnie, że pamiętają jak ojciec obiecywał mi to i tamto, a potem i tak nic z tego nie było. Postanowiłem, że nie dopuszczę w życiu moich dzieci do takich sytuacji i tego typu przemyśleń na mój temat.

To, nad czym warto w relacji z synami pracować, to pozbycie się oczekiwań. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć jaką drogą pójdzie nasz syn (czy córka). Może być artystą, podróżnikiem i robić cokolwiek innego, niż możemy sobie wyobrazić. Jestem obserwatorem jednej sytuacji, w której ojciec stara się aby syn o dość łagodnym i delikatnym usposobieniu został bokserem. Wcześniej miał być karateką. Ojciec zawsze był wysportowany i konsekwentnie od najmłodszych lat stawia małemu wysoko poprzeczkę. A ja tak patrząc z boku nie wiem, czy nie lepiej by było gdyby jego syn poszedł na naukę gry na pianinie. Do tego doszły zawiedzione nadzieje ojca, że jego syn ma za niską średnią na świadectwie (4 klasa) i młody musi się uczyć całe wakacje, zamiast może właśnie odpocząć, by mieć siłę i chęć zacząć się uczyć od września. Oczywiście to wszystko podszyte nerwami, krzykami. Co będzie za kilka lat? Czy nie skończy się tak, że nauka tak mu obrzydnie, że oleje studia? A może dorośnie człowiek pełen lęku i niepewności, że jest słaby i nie da rady, ile by pracy nie włożył? Nie każdy będzie miał piątki w szkole i nie o to chodzi w życiu. Mamy cel. Tak wychować dzieci, by w dorosłym życiu poradziły sobie na spokojnie. I nie tylko z pracą ale też z relacjami, odpowiedzialnością, otwartością na innych. To cel długoterminowy, a wielu rodziców o tym zapomina i chce by ich dzieci były grzeczne tu i teraz. Doświadczenie pokazuje, że nawet jeśli na co dzień nie widzimy efektów swojej pracy, to niekoniecznie oznacza to, że ich nie ma. Potem gdy dzieci gdzieś wyjadą, to słyszy się często, że są grzeczne, nie sprawiają problemów, pomagają. Ale w domu wiadomo, że trzeba kilka razy powtórzyć by ścielili łóżko, posprzątali etc. Oczywiście nie jestem idealny. Jakieś tam oczekiwania są. Ale świadomość tego, że błądzę takim myśleniem jest duża. Wystarczy spojrzeć na siebie samych i zastanowić się czy ktokolwiek spodziewał się po nas, że będziemy w tym miejscu co teraz, w tym zawodzie, mieście, państwie itd. Czy nasi rodzice byli to w stanie przewidzieć?

Bądźmy sprawiedliwi i mądrzy. Nie spełniajmy swoich ambicji kosztem naszych dzieci. Wspierajmy je zawsze, służmy dobrą radą ale pozbądźmy się złudzeń, że to dobrze dla nich gdy będą szli tą drogą, którą za nich wybieramy. Pomóżmy im lepiej znaleźć własną ścieżkę i wychowajmy ich tak, by umieli po niej jak najlepiej stąpać.

Czy macie swoje spostrzeżenia na temat tego jak to jest być ojcem chłopaka? Na co warto zwracać uwagę? Oczywiście kobiety również zapraszam do dyskusji.

Na koniec polecam obejrzenie reklamy, która w doskonały sposób obrazuje temat, który dziś poruszyłem.

Wyedytowane: zapraszam do kontynuacji wątku w nowym wpisie, dostępnym tu:
http://do3xtata.blog.pl/2013/08/26/jak-to-jest-miec-syna-ciag-dalszy-tematu-sprzed-paru-tygodni/

Chusta

Jako facet zerkam na ten produkt dość sceptycznie.
Nie wiem czy to moda, lans czy może jednak coś wartościowego co może przydać się każdemu rodzicowi.

Gdy chłopcy byli mali, to sprawiłem im nosidełko, które po kilku próbach oddałem swojemu kumplowi, chociaż kosztowało jakieś masakryczne pieniądze.

Moby-UV-DSC_5498-copy-sun-2-199x300M kupiła jakiś czas temu chustę. W sumie fajny design, kolorystyka super a jednak naszej Fruzi to nie pasowało ani trochę. Niby posiedziała, niby się wtuliła ale nic nie widziała, obśliniała jedynie materiał i po chwili zaczynała płakać.

Jak to jest u Was? Chusta się sprawdza? M rozmawiała z ortopedą i rehabilitantem na ten temat i okazało się, że każdy mówi co innego. Ortopeda, że chusta spoko, należy nosić dziecko przodem do siebie. Rehabilitant z kolei, podkreślał to, że dziecko powinno siedzieć przodem do świata, bo nóżki lepiej się układają a w ogóle ortopedzi są zacofani i ich nauka nie idzie w parze z tym jak się teraz należy obchodzić z dzieckiem w takiej sytuacji.

Ciekawy jestem Waszego zdania na ten temat. Zapraszam do dyskusji :)

 

foto: http://www.kangurkowo.pl/